„Pomóż mi upozorować katastrofę samolotu" — powiedziałam cicho. „To jedyny sposób, żebym mogła kiedykolwiek odejść od Łukasza Morawskiego." Ludzie mówili, że zrzekł się mafijnego tronu dla mnie. Nazywali go człowiekiem, który zamienił władzę na miłość — dziedzicem, który porzucił krew i złoto, żeby poślubić kelnerkę z biednej dzielnicy. Przez lata sprawiał, że świat wierzył w nas. Budował imperia pod moim nazwiskiem. Co poniedziałek przysyłał mi róże. Mówił prasie, że jestem jego wybawieniem. Ale miłość nie zawsze oznacza wierność. Kiedy wierzyłam, że to na zawsze, on za moimi plecami budował drugi dom — pełen śmiechu, zabawek i synów bliźniaków o jego oczach. W noc, w którą zniknęłam, jego imperium spłonęło. Rozrywał miasta na strzępy, przekupywał rządy i zakopywał ludzi żywcem, byle tylko mnie odnaleźć. Ale zanim mu się to udało — mnie już nie było. A kobieta, za którą kiedyś był gotów oddać życie, nie kochała go już na tyle, by chcieć dalej żyć.